Powrót

Zełenski upamiętnia UPA. Kryzys w relacjach Polski i Ukrainy

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski nadał jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imię odwołujące się do tradycji UPA - formacji odpowiedzialnej za ludobójstwo Polaków sprzed ponad osiemdziesięciu lat. Decyzja wywołała ostrą reakcję w Polsce, w tym deklarację prezydenta Karola Nawrockiego o odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Według dziennikarza Zbigniewa Parafianowicza, autora wydanej właśnie książki „Kłopot z Zełenskim”, krok ukraińskiego przywódcy to nie przypadek, lecz świadoma kalkulacja polityczna obliczona na elektorat skrajnej prawicy oraz przygotowanie gruntu pod obarczenie Polski winą za ewentualne niepowodzenie ukraińskiej integracji z Unią Europejską.

Mit założycielski i wewnętrzna kalkulacja

Parafianowicz wskazuje, że Zełenski - choć pochodzi z rosyjskojęzycznego Krzywego Rogu na południu Ukrainy - doskonale rozumie, że mit założycielski współczesnego państwa ukraińskiego jest budowany w oparciu o tradycję OUN i UPA. Mimo że partie skrajnej prawicy, takie jak Prawy Sektor Dmytra Jarosza czy Korpus Narodowy, nigdy nie zdobyły dominującej pozycji w ukraińskim parlamencie, narracja narodowa odwołująca się do tych formacji jest powszechnie akceptowana.

- Naród ukraiński co do zasady, jeśli chodzi o ideę polityczną, akceptuje budowanie mitu założycielskiego na tej tradycji. Przeciwko temu Zełenski wystąpić nie chce i nie może - twierdzi Parafianowicz. - Niezależnie od tego, jak bardzo będzie to szkodziło relacjom z Polską, tego nie zrobi.

Dziennikarz przypomina, że OUN dążyła do utworzenia państwa ukraińskiego w porozumieniu z III Rzeszą, a UPA współpracowała z nazistami i uczestniczyła w holokauście, dokonując następnie ludobójstwa Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Liczbę polskich ofiar profesor Grzegorz Motyka szacuje w widełkach od 90 do 130 tysięcy.

Polska jako przyszły kozioł ofiarny

Według autora „Kłopotu z Zełenskim”, ukraiński prezydent z premedytacją przygotowuje Polskę do roli winowajcy w razie niepowodzenia integracji europejskiej. - Jeżeli Ukraina nie uzyska po rozejmie pełnego i natychmiastowego członkostwa w Unii Europejskiej, Polska będzie doskonałym chłopcem do bicia, żeby zrzucić winę na nas za to, że Ukraina w tej Unii Europejskiej się nie znalazła - ocenia.

Parafianowicz zwraca uwagę, że dotychczasowym „wrogiem” Ukrainy w kontekście Unii był Viktor Orbán, ale po jego potencjalnej porażce wyborczej na Węgrzech to miejsce może zająć Warszawa. Wskazuje też, że dla ukraińskich elit politycznych i biznesowych Polska nigdy nie była najważniejszym partnerem - była raczej „państwem przelotowym”, nad którym leciało się na Zachód. Dziś, gdy ukraińskie lotniska są zamknięte, stała się „outbound country” - krajem, z którego startuje się dalej.

Negacjonizm w sprawie zbrodni UPA jest, zdaniem dziennikarza, utrwalany przez wpływowych ukraińskich historyków. Wymienia tu byłego szefa Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyra Wjatrowycza, twórcę popularnej na Ukrainie koncepcji „wojny polsko-ukraińskiej”, oraz obecnego szefa IPN Ołeksandra Ałforowa. - Wychodząc do mediów ukraińskich, mówi, że ofiary w Puźnikach to były ofiary NKWD - twierdzi Parafianowicz, porównując tę narrację do negacjonistycznej działalności Davida Irvinga wobec Holokaustu.

Ekshumacje jako narzędzie nacisku

Autor książki opisuje, jak Zełenski wykorzystuje proces ekshumacyjny do regulowania temperatury sporu z Polską. - Gdyby miał dobrą wolę i chciał resetować relacje w wymiarze historycznym, to odmroziłby te ekshumacje bezwarunkowo i we wszystkich miejscach, jakich Polacy się domagają. On tego nie robi - podkreśla.

Dziennikarz broni przy tym ministra Pawła Kowala, który mierzy się z falą hejtu w internecie. Książka Parafianowicza ujawnia, że podczas prac w Puźnikach dziennikarzom nie pozwolono fotografować dołów z ekshumowanymi szczątkami. Autor uważa tę decyzję za słuszną, ponieważ chodziło o ochronę prywatności rodziny pana Dancewicza, który ekshumował własnych bliskich. - Trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś, kto ekshumuje swoich bliskich, czerpał radość z tego, że odbywają się jakieś imby internetowe - argumentuje.

Łańcuch incydentów dyplomatycznych

Parafianowicz wymienia szereg sytuacji, w których - jego zdaniem - Zełenski celowo lekceważył polskie władze. Pierwszym sygnałem był wywiad dla rosyjskiej prasy opozycyjnej, w którym ukraiński prezydent skrytykował Jarosława Kaczyńskiego po wizycie w Kijowie w marcu 2022 roku. Następnie sprawa Przewodowa, w której Zełenski do dziś nie przyznał, że pocisk, który zabił dwóch Polaków, był ukraiński.

Kolejne punkty zapalne to wystąpienie w ONZ, w którym ukraiński prezydent - według dziennikarza - „wrzucił Dudę do jednego worka z Rosjanami”, oraz wywiad dla polskiej prasy w trakcie kampanii prezydenckiej, w którym Zełenski teatralnie udawał, że nie pamięta nazwiska Karola Nawrockiego, i zalecał mu kurs strzelectwa.

Ostatnim incydentem przed sprawą UPA było potraktowanie premiera Donalda Tuska podczas wspólnej podróży pociągiem z Keirem Starmerem, Friedrichem Merzem i Emmanuelem Macronem. - To takie udowadnianie, gdzie jest miejsce Tuska i pokazywanie mu, że nie jest we wspólnocie reńskiej, tylko jest przedstawicielem drugiej klasy - komentuje Parafianowicz, łącząc ten gest z postsowiecką szkołą dyplomacji.

Bezsilność polskich narzędzi nacisku

Dziennikarz wskazuje, że Polska - mimo że była pierwszym krajem uznającym niepodległość Ukrainy i pierwszym lobbującym za jej statusem kandydackim do UE - nie wypracowała skutecznych narzędzi nacisku. Od lat mówi się o budowie wyspecjalizowanego przejścia granicznego, przez które płynęłyby towary na odbudowę Ukrainy. - Jest piąty rok wojny i takiego przejścia nie ma - zauważa.

Parafianowicz przytacza też przypadek lwowskiej spółki Control Process, którą - według niego - mer Lwowa Andrij Sadowy próbuje de facto wywłaszczyć po zakończeniu inwestycji. To, jego zdaniem, ilustruje, czego polski biznes może spodziewać się przy odbudowie Ukrainy bez twardych instrumentów regulacyjnych po polskiej stronie.

Autor popiera symboliczną decyzję prezydenta Nawrockiego o odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego. - Zełenski przelał pewną czarę goryczy. Dodał jedną kroplę do naczynia, które musiało się ulać - ocenia. Zaznacza jednak, że za gestami muszą iść praktyczne działania.

Społeczeństwa wbrew politykom

Mimo pogarszających się relacji państwowych, ukraińska diaspora w Polsce - według dziennikarza dość zamożna i zintegrowana - utrzymuje pozytywny stosunek do Polaków, a sondaże wciąż wskazują na sympatię większości Ukraińców wobec Polski. Parafianowicz apeluje, by to właśnie diaspora wywarła presję na Kijów. - Zełenski w tym momencie pełni funkcję kremlowskiego trolla w relacjach polsko-ukraińskich - stwierdza ostro.

Dziennikarz przypomina anegdotę o reakcji ukraińskich władz, gdy bokser Ołeksandr Usyk został wyprowadzony w kajdankach z lotniska w Balicach: szef Biura Prezydenta Andrij Jermak zadzwonił w nocy do polskiego szefa BBN-u Jacka Siewiery. - A w sytuacji, gdy prezydent prowokuje, nazywając jednostkę wojskową imieniem bohaterów UPA, nagle nie ma w ogóle tematu - zauważa Parafianowicz.

Granice asertywności

Autor stawia tezę, że Zełenski dotarł do granicy stosowania swojej taktyki w polityce międzynarodowej. Wymienia naciski na Orbána, które wymusiły dystans ze strony węgierskiego lidera opozycji Pétera Magyara, ultimatum wobec Keira Starmera w sprawie pocisków Storm Shadow oraz upadek pomysłu Marka Ruttego, by przeznaczyć 0,25 proc. PKB państw NATO na wsparcie Ukrainy - zablokowany przez Wielką Brytanię, Francję i Niemcy.

- W pewnym momencie poczucie bycia Mahatmą Gandhim, takie poczucie, że mi wszystko wolno, musi się zderzyć ze ścianą - komentuje dziennikarz. Jego zdaniem ukraiński prezydent przyzwyczaił się do bezkrytycznego traktowania przez zachodnie media i nie potrafi zaadaptować się do nowej rzeczywistości, w której amerykańscy podcasterzy i administracja Donalda Trumpa traktują samo nazwisko „Zełenski” jako drażniący temat.

Perspektywa miesięcy chłodu

Parafianowicz prognozuje miesiące ochłodzenia w relacjach polsko-ukraińskich. - Sinusoida jest cechą charakterystyczną relacji polsko-ukraińskich. Mamy momenty karnawału, takie jak pomarańczowa rewolucja, Majdan czy wybuch wojny w 2022 roku, a potem strasznie dołujemy. Teraz za sprawą błędnej polityki Wołodymyra Zełenskiego dołujemy podwójnie - ocenia.

Decyzja o nadaniu jednostce wojskowej imienia odwołującego się do UPA wpisuje się w długą sekwencję napięć między Warszawą a Kijowem - od kryzysu zbożowego, przez spór o transport drogowy, po zablokowane przez lata ekshumacje. Tym razem jednak, w ocenie autora, dotyka najbardziej wrażliwego miejsca polskiej pamięci historycznej i grozi przeniesieniem konfliktu z poziomu elit politycznych na poziom relacji społecznych. Ukraina pozostaje państwem dysponującym największą armią lądową w Europie i strategicznym sąsiadem Polski, walczącym z Rosją - wrogiem, który zagraża również bezpieczeństwu Warszawy. Tym wyraźniej widać paradoks sytuacji, w której ukraiński przywódca świadomie wzmacnia symbolikę najbardziej szkodliwą dla relacji z najważniejszym wschodnim partnerem Kijowa w Unii Europejskiej.