Powrót

Ziemkiewicz i Giełzak: Polska wpada w ukraińską pułapkę strategiczną

W programie "Kanał Otwarty" publicyści Rafał Ziemkiewicz i Marcin Giełzak przeanalizowali skutki odebrania Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego przez prezydenta Karola Nawrockiego. Obaj rozmówcy zgodnie ocenili, że Polska daje się wciągnąć w rozgrywkę, której reguł nie rozumie, a której głównym celem jest uczynienie z Warszawy kozła ofiarnego przyszłej powojennej architektury Europy Wschodniej.

Punktem wyjścia była decyzja Nawrockiego, będąca reakcją na nadanie ukraińskiej jednostce wojskowej imienia bohaterów UPA. Rozmówcy zgadzają się, że gest był politycznie konieczny, ale stawiają fundamentalne pytanie o skuteczność polskiej polityki wschodniej - od symbolicznych deklaracji po realną zdolność państwa do obrony własnych interesów.

Licytacja o Ukrainę i rola winnego

Giełzak umiejscawia sprawę w szerszym kontekście europejskiej rywalizacji o wpływy na Ukrainie. "Toczy się gra o to, kto najwięcej zarobi, kto najwięcej zyska też politycznie na odbudowie Ukrainy i na tej przyszłej architekturze bezpieczeństwa" - mówi publicysta. Wskazuje na trwającą licytację francusko-niemiecką: Berlin oferuje więcej pieniędzy i broni, Paryż proponuje wspólną produkcję uzbrojenia i doktrynę państwa stowarzyszonego z Unią.

W tej rozgrywce Polska ma pełnić rolę wygodnego winowajcy. "Nie będzie wejścia do Unii Europejskiej w żadnej przewidywalnej przyszłości, nie będzie odzyskania wszystkich terytoriów. Ktoś musi być winny. Kto jest wygodny jako winny? Wygodna jest Polska" - analizuje Giełzak. Według niego to Warszawa ma zostać przedstawiona jako ta, która "z Banderą, z Szuchewyczem, z Kłymem Sawurem" zablokowała ukraińską drogę do Europy.

Skutkiem długofalowym ma być, zdaniem Giełzaka, powstanie legendy ciosu w plecy: "Ukraińskie dzieci za pokolenie od dzisiaj, za dwa pokolenia od dzisiaj, w każdej książce licealnej do historii czytałyby, że my już właściwie wygrywaliśmy i Polacy zdradziecko odcięli nas od zachodniej pomocy w porozumieniu z Rosjanami".

Ukraina oligarchiczna, nie europejska

Ziemkiewicz idzie dalej. Jego zdaniem Ukraina wcale nie dąży do pełnego członkostwa w Unii. "To jest kraj rządzony przez mafię, która się uprzejmie nazywa oligarchią" - mówi publicysta. Podkreśla, że dla ukraińskich elit unijne procedury, TSUE czy prokuratura europejska są zagrożeniem, a nie perspektywą.

Model, o który zabiega Kijów, to według Ziemkiewicza status podobny do Norwegii - dostęp do rynku bez politycznych zobowiązań. W tym scenariuszu Ukraina staje się także atrakcyjnym miejscem dla niemieckiego przemysłu uciekającego przed unijnym systemem ETS. "Niemcy chcieliby widzieć w Ukrainie kraj takiego nearshoringu" - mówi Ziemkiewicz. Pozostając poza Unią, Ukraina miałaby pretendować do roli mocarstwa regionalnego, oferując gwarancje wojskowe wschodniej flance NATO.

Cepem, nie szachami

Prowadzący Igor Janke pyta, czy Zełenski rzeczywiście prowadzi tak wyrafinowaną grę. Ziemkiewicz odpowiada, że nie chodzi o mistrza szachów, lecz o metodę powtórzoną z rosyjskiego resetu z czasów Baracka Obamy. Wówczas Kreml regularnie prowokował Polskę, by wymusić zachodnią presję na Warszawę. "Sądzę, że Zełenski chciał powtórzyć ten sam numer i zbudować równie silną narrację o ukrainofobii. Tu się akurat trochę przeliczył".

Giełzak dodaje, że nie chodzi o pojedynczy incydent, lecz o serię prowokacji: wypowiedź Zełenskiego w ONZ o Polsce grającej w "orkiestrze Putina", awantura na lotnisku w Balicach, kampania wokół zboża, spór transportowy, wreszcie odsunięcie polskiego premiera do ostatniego wagonu pociągu do Kijowa. "Dostali komunikat, że ta metoda działa" - konkluduje publicysta.

Kluczowa jest dla obu rozmówców obserwacja, że w tej rozgrywce Ukraina traktuje Polskę protekcjonalnie. Giełzak przywołuje niedawne słowa generała Kyryła Budanowa: "Wy w ogóle jesteście niepodległym państwem dzięki nam. Wasza niepodległość jest prezentem od Kijowa". Tymczasem - argumentuje - nie istnieje żaden "front polski" tej wojny. "Jedyne co jest, to jest front ukraiński, gdzie są przesłane przez nas czołgi, przez nas myśliwce, gdzie jest nasza amunicja, gdzie są żołnierze u nas szkoleni, gdzie jest polskie lotnisko".

Cynizm czy realizm

Prowadzący zarzuca Giełzakowi cynizm. Ten odpowiada: "Cynizm jest negowaniem wartości. Ja nie neguję żadnych wartości. Ja jedynie rozpoznaję, że Polska ma jakiś interes". Publicysta przywołuje porównanie z brytyjską polityką w epoce wojen napoleońskich - Londyn finansował koalicjantów, którzy krwawili pod Austerlitz, by wejść do gry pod Waterloo.

Ziemkiewicz uzupełnia obraz metaforą historyczną: "My jesteśmy jak szlachta z Wielkopolski, która sobie siedzi i tylko czeka, żeby im tutaj gotowizna przyszła z tego zboża. Oni są jak Sicz Zaporoska. Oni się biją z jakąś dziczą tam na dzikich polach. My możemy się opodatkować na tę rzecz. Lepiej, że oni to robią niż my".

Publicysta zwraca uwagę, że polskie elity nie potrafią prowadzić zimnej kalkulacji. "My traktujemy politykę jako zaprzyjaźnianie się, jako miłość, realizowanie wartości najwyższych. I tak lądujemy jak lądujemy".

Zaniechania trzech dekad

Kluczowym wątkiem rozmowy jest bilans polskiej polityki wschodniej po 1991 roku. Polska jako pierwsze państwo świata uznała niepodległość Ukrainy, ale - jak wskazują rozmówcy - przez ponad trzy dekady nie zbudowała ani sieci wpływów, ani mechanizmów miękkiej siły.

Giełzak przywołuje dane: w 2013 roku 80 procent Ukraińców uznawało tradycję UPA za haniebną. Dziś proporcje się odwróciły. "To jest efekt skuteczności tych fundacji polskich, które nie powstały. To jest nasza klęska" - mówi publicysta. Wzorem powinni być, paradoksalnie, Niemcy, którzy przez system stypendiów, nagród i fundacji przez lata skutecznie kształtowali polski dyskurs. "Jeszcze nie byłem na wydarzeniu o polityce historycznej, na której nie wstał polski profesor bądź doktor i nie zaczął recytować, że my nie rozumiemy, jak Niemcy przepracowali swoją przeszłość" - dodaje Giełzak.

Ziemkiewicz wskazuje, że w latach 90. polscy pisarze utrzymywali się z niemieckich stypendiów i nagród miejskich, co skutecznie eliminowało z debaty niewygodne dla Berlina tematy jak Piaśnica czy Selbstschutz. "Skorumpowano polskie elity skutecznie. W Polsce nikt nawet o tym nie pomyślał, żeby analogiczne narzędzia zastosować wobec Ukrainy".

Marchewka bez kija

Obaj rozmówcy zgadzają się, że polska polityka wobec Kijowa była wyłącznie polityką marchewki. Poparcie dla pomarańczowej rewolucji, dla Euromajdanu, setki czołgów wysłanych po 2022 roku, rola huba logistycznego dla zachodniej pomocy. "Polska wysłała więcej czołgów niż cała reszta razem wzięta" - przypomina Ziemkiewicz.

Problem w tym, że marchewka bez kija nie działa. Rozmówcy przywołują casus zboża technicznego z 2023 roku jako modelowy przykład państwowej ślepoty: ostrzeżenia były publikowane w prasie, konferencje odbywały się, a państwo reagowało dopiero pod presją opinii publicznej, gdy jedyną możliwą reakcją było zamknięcie granicy.

Giełzak proponuje konkretne narzędzia, których Polska nie wykorzystywała: rozróżnienie między "dobrymi" i "złymi" Ukraińcami w debacie publicznej, wspieranie propolskich frakcji, budowanie relacji z ukraińskim wojskiem poprzez leczenie rannych oficerów w polskich klinikach, tworzenie fundacji propagujących pamięć o Wołyniu, kontrolowane wpuszczanie ukraińskiego biznesu na polski rynek w zamian za lojalność.

Order jako broń symboliczna

Wracając do decyzji Nawrockiego, Ziemkiewicz uważa ją za "jedyny pomysł, jaki powstał", ale niekoniecznie najlepszy. "Zełenski miał teraz całą akcję odsyłania, unoszenia się honorem. W sposób knajacki odesłał to pocztą, żeby jeszcze poniżyć ten order".

Publicysta proponuje alternatywne posunięcia symboliczne: budowę w Warszawie pomnika Ukraińców ratujących Polaków, Żydów, Czechów i Ormian z ludobójstwa wołyńsko-galicyjskiego. "Wtedy co by Ukraińcy powiedzieli? Nie wolno czcić pamięci Ukraińców ratujących Polaków i Żydów?"

Sugeruje też publiczne zapytanie prezydenta Zełenskiego, kiedy któraś ukraińska jednostka zostanie nazwana na cześć ofiar Babiego Jaru. Jako najskuteczniejsze narzędzie wskazuje jednak nie symbole, lecz procedury unijne. "Nie należy robić jak Orban weta. Tylko: kochani Ukraińcy, wszyscy was tu chcą, ale jest taka norma unijna, że te śrubki, które robicie, są złe. Trzeba otworzyć proces negocjacyjny - potrwa 10 lat. Tak Niemcy robią politykę".

Doktryna Piemontu

Giełzak nawiązuje do popularnej wśród ukraińskich intelektualistów metafory Ukrainy jako Piemontu jednoczącego naród. Przypomina jednak, jak faktycznie Piemont zjednoczył Włochy: premier Camillo Cavour oddał Francji Sabaudię i Niceę, w tym rodzinne miasto Garibaldiego, w zamian za francuską pomoc militarną. "Byli w stanie dokonać wielkiego poświęcenia na rzecz narodu, który ich okupował. Ukraińcy byli w analogicznej sytuacji wobec nas - powinni byli pójść za atamanem Petlurą i powiedzieć: nie walczymy na 17 frontów, walczymy na jednym z Rosjanami".

Publicysta ostrzega, że po zakończeniu wojny Ukraina stanie w obliczu poważnego kryzysu: demografii spadającej poniżej poziomu Polski, powrotu setek tysięcy uzbrojonych weteranów, dominacji nieokiełznanego oligarchatu. Może się stać państwem oferującym najemników - od Sahelu po Zatokę Perską - ale nie stabilnym partnerem.

Doktryna Giedroycia niezrozumiana

Rozmowa dotyka też koncepcji giedroyciowskiej. Ziemkiewicz przypomina, że "największym nieszczęściem Jerzego Giedroycia jest to, że giedroyciowcami nazywamy ludzi, którzy mają zazwyczaj odwrotny pogląd niż on na większość spraw". Redaktor "Kultury" był graczem politycznym, nie sentymentalnym ukrainofilem - używał gazety jako instrumentu polityki wobec Wschodu.

Sensowną kontynuacją doktryny byłoby, według rozmówców, budowanie gospodarczej grawitacji Polski wobec sąsiadów. "Naszym strategicznym celem powinno być, żeby na wschód od Polski wszyscy robili interesy z Polską, rozliczali się w polskich złotych, trzymali pieniądze w polskich bankach" - mówi Ziemkiewicz. Wskazuje na przykład zaniedbanego rynku bałtyckiego, gdzie polskie firmy nie są obecne mimo strategicznej okazji. Chwali też zmarłego Jana Kulczyka za koncepcję mostu energetycznego z Ukrainą.

Kryzys państwa i pytanie o zmianę

Rozmówcy schodzą do fundamentalnego problemu - braku sprawnego państwa. "Mamy elity, które nie rządzą, i mamy klasę panującą, która rządzi, a która nie jest elitą" - diagnozuje Ziemkiewicz. Jego zdaniem grzech założycielski III RP polegał na celowym stworzeniu państwa bezsilnego przy Okrągłym Stole. Naprawa wymaga zmiany konstytucji w kierunku modelu prezydenckiego, wzorem francuskim lub amerykańskim.

Giełzak wskazuje, że wielkie reformy - od Konstytucji 3 Maja po V Republikę Francuską - zawsze wynikały ze zderzenia kryzysu z gotową koncepcją. "Trzeba produkować gotowce. Piąta Republika była gotowa od lat wojny światowej". Alternatywą pozostaje samoorganizacja społeczna na wzór polskich kulturników z okresu zaborów.

Prowadzący zwraca uwagę na sygnały ostrzegawcze: możliwość gwałtownego wzrostu bezrobocia w wyniku ekspansji AI oraz wyprowadzki centrów usługowych z Polski. "Bezrobotny inteligent jest nieprawdopodobnie niebezpieczny dla systemu".

Zagrożenie kampanią

Osobnym wątkiem jest ryzyko, że kwestia ukraińska stanie się głównym tematem kampanii wyborczej 2025 roku. Giełzak obawia się, że "populizm dyplomatyczny" - posunięcia obliczone na wewnętrzne emocje - może zniszczyć jedyną realną szansę Polski w regionie.

Publicysta broni tezy, że polska imigracja z Ukrainy była "loterią wygraną": nadreprezentacja kobiet i dzieci, wykształcenie, łatwa asymilacja, imigranci ze wschodu Ukrainy o słabej tożsamości narodowej. Alternatywne kierunki migracji będą znacznie bardziej problematyczne.

Ziemkiewicz jest bardziej sceptyczny co do wyborczej mocy tego tematu. Podkreśla, że emocja przekłada się na głosy tylko wtedy, gdy wyborca wierzy, że jej wyrażenie coś realnie załatwi. Przypomina, że sondażowe skoki wyprzedzają zwykle o wiele tygodni rzeczywiste decyzje przy urnach.

Kontekst

Debata Ziemkiewicza i Giełzaka wpisuje się w szerszy spór o kierunek polskiej polityki wschodniej, prowadzony na tle trwającej wojny rosyjsko-ukraińskiej i rosnących napięć między Warszawą a Kijowem. Odebranie Zełenskiemu Orderu Orła Białego było najsilniejszym gestem polskiej dyplomacji wobec Ukrainy od 2022 roku, a reakcja ukraińskich środowisk politycznych i wojskowych - masowe odsyłanie polskich odznaczeń - pokazała skalę wzajemnego kryzysu zaufania.

Obaj publicyści zgadzają się, że spór nie dotyczy narodu ukraińskiego, lecz konkretnej administracji w Kijowie i sposobu prowadzenia przez nią polityki wobec Warszawy. "Miejmy nadzieję, że za tysiąc lat będziemy graniczyć z państwem ukraińskim silnym i niezależnym" - konkluduje Giełzak. Kluczowe pytanie brzmi, czy Polska zdoła do tego czasu wypracować własną, skuteczną strategię wobec Wschodu - czy pozostanie państwem zanoszącym, jak parafrazował Dmowskiego Ziemkiewicz, "skargi przed nieistniejące trybunały".