Powrót

Ziemkiewicz: polska polityka stoi przed największą zmianą od 2005 roku

Rafał Ziemkiewicz, publicysta związany z tygodnikiem „Do Rzeczy" i Telewizją Republika, przekonuje, że Polska wkracza w moment przesilenia porównywalny jedynie z 2005 rokiem. W rozmowie na Kanale Otwartym argumentował, że kończy się trwający 35 lat model polityki opartej na przekonaniu, iż „w Polsce nie ma nic do wymyślenia", a rosnący głód nowej narracji może wynieść na scenę polityków dotąd nieobecnych lub zmarginalizowanych - od Karola Nawrockiego, przez Mateusza Morawieckiego, po Konfederację.

Koniec epoki „doganiania Zachodu"

Punktem wyjścia rozmowy była teza, że polska polityka przez ponad trzy dekady funkcjonowała w ramach jednej metanarracji: „ma być jak na Zachodzie". Ziemkiewicz opisuje to jako dobrowolne zwolnienie się z myślenia strategicznego.

„Właściwie całe 35 lat mieliśmy takie życie ułatwione w głębokim przekonaniu, które ożywiało całą politykę polską, a raczej właśnie ją usypiało, że tak naprawdę w Polsce nie ma nic do wymyślenia" - mówił. Jego zdaniem konsekwencją był brak polskiej szkoły myślenia o interesach narodowych oraz o miejscu kraju w Europie i świecie.

Publicysta odwołał się do koncepcji „końca historii" Francisa Fukuyamy, zgodnie z którą demokracja liberalna połączona z wolnym rynkiem miała być docelowym i trwałym ustrojem. W tej logice Polsce pozostawało jedynie „dostać się do struktur, implementować, włączać się i naśladować". Wejście do Unii Europejskiej miało oznaczać dobrobyt, a przystąpienie do NATO - bezpieczeństwo.

Ziemkiewicz posłużył się metaforą polityków jako surferów: „Jak się dobrze załapią na falę, to podjadą na tej fali. Jak nie trafią, to spadają między falę i znikają". W jego ocenie właśnie nadchodzi nowa fala, a obecne przetasowania na scenie politycznej są jej pochodną.

Prowadzący: fala zmiany już nadeszła

Prowadzący program przekonywał, że przemiana pokoleniowa już się dokonuje. Wskazywał na słuchaczy Szkoły Przywództwa Instytutu Wolności - trzydziesto- i czterdziestolatków, którzy „myślą w zupełnie inny sposób i marzą o zupełnie innej polityce".

Zwracał uwagę, że władza w Polsce pozostaje w rękach pokolenia „70 plus", podczas gdy najliczniejsze grupy wyborców wahających się w kampanii prezydenckiej lokowały się między kandydatami definiowanymi jako prawica i lewica - co ma świadczyć o wyczerpaniu się starych podziałów ideowych.

Ziemkiewicz przyznawał częściowo rację, ale zastrzegał, że zjawiska nie da się w pełni zmierzyć. „Nie jesteś w stanie określić popytu na dany produkt, zanim go nie wprowadzisz na rynek" - argumentował, dodając, że przez najbliższe dwa-trzy miesiące nie będzie wiadomo, czy istnieje popyt na to, co próbuje zaproponować Mateusz Morawiecki.

Serie kryzysów jako mechanizm przełomu

Rozmówcy zgodzili się, że zaufanie do „świata zastanego" podkopała seria wstrząsów. Ziemkiewicz umieścił początek procesu w kryzysie finansowym 2008 roku, który - jak twierdził - pokazał zachodnim społeczeństwom, że ich elity bywają niekompetentne lub nieuczciwe.

Polski nie dotknął ten kryzys w porównywalnej skali. Publicysta przypisał to zachowaniu własnej waluty i konserwatyzmowi wyborców, którzy zniechęcili polityków do wejścia do strefy euro. „Polscy wyborcy byli na szczęście wystarczająco konserwatywni, żeby zniechęcić polityków do radosnego wstąpienia do strefy euro" - ocenił, dodając w odniesieniu do rządu Platformy: „Dobrze, że nie zrobili tego, czego nie zrobili".

Kolejnymi punktami zwrotnymi były kryzys migracyjny, pandemia COVID-19, wojna na Ukrainie, zmiana polityki amerykańskiej pod rządami Donalda Trumpa oraz rozwój sztucznej inteligencji. Prowadzący podkreślił, że żadnego z tych zdarzeń „nie dalibyśmy rady sobie wymyślić", a łącznie zmieniły one świat bardziej niż dekada wcześniej.

Spór o bilans członkostwa w Unii Europejskiej

Najostrzejsza różnica zdań dotyczyła oceny Unii Europejskiej. Ziemkiewicz określił się jako „bardzo nieentuzjastyczny" wobec Wspólnoty i przekonywał, że ta „jest skazana na rozpad", a jej instytucje przestały być instytucjami wspólnoty, stając się „targowiskiem, na którym kilka dużych państw dobierając sobie raz tych, raz tych, załatwia swoje sprawy". Rolę głównego rozgrywającego przypisał Niemcom, które porównał do „teściowej Europy".

Prowadzący, deklarujący się jako zwolennik integracji, apelował o sprawiedliwy bilans. Przypominał, że fundusze unijne pozwoliły zbudować drogi, autostrady i infrastrukturę, a przede wszystkim dały dostęp do wspólnego rynku - „rzeczywistą wielką wartość".

Ziemkiewicz odpowiadał metaforą kredytu bankowego: Polska postawiła dom za pożyczone pieniądze, a teraz „przychodzą goście z banku" i dyktują warunki. Zastrzegał jednak, że kraj dopuścił do tego przez brak aktywnej polityki i niezdolność do zbudowania wpływu w Brukseli. Obaj rozmówcy zgodzili się, że transakcja była opłacalna dla obu stron - publicysta przywołał wyliczenia, według których każde euro wydane na wschodzie przynosiło Niemcom wielokrotny zwrot, a była komisarz Elżbieta Bieńkowska szacowała zwrot na Zachodzie na poziomie 1,70 euro.

Wspólnym wnioskiem było jednak to, że moment, w którym Polska zarabiała na Unii, dobiega końca. „Kończy się w Polsce to przekonanie, że wystarczyło wejść do Unii Europejskiej" - mówił Ziemkiewicz, wskazując, że dla młodego pokolenia Zachód przestał być punktem odniesienia. Przywołał anegdotę o córce, która po przekroczeniu granicy pisze: „tato, chyba już jestem w Niemczech, bo internet zniknął".

Korzenie podziału: transformacja i „nachapani kontra wydutkani"

Znaczną część rozmowy poświęcono genezie obecnych podziałów. Ziemkiewicz umiejscowił początek transformacji ustrojowej w 1988 roku - w decyzji o rozwiązaniu milicyjnego wydziału zwalczającego przestępstwa gospodarcze oraz w przyjęciu ustawy Wilczka, którą nazwał „najbardziej kapitalistyczną, najbardziej liberalną ustawą, jaką kiedykolwiek Polska miała".

Jego zdaniem państwo zaprojektowano jako „bezbronne", by warstwa rządząca PRL mogła przekształcić się z elity władzy w elitę pieniądza. Opisał „wielki desant" ludzi z aparatu partyjnego i służb do banków oraz sądów, którego skutki - jak twierdził - obserwujemy do dziś.

Z tego procesu wyrósł podział, który Ziemkiewicz - powołując się na diagnozę przypisywaną profesorowi Jarosławowi Flisowi - streścił jako „nachapanych i wydutkanych". Pierwsi znaleźli ideologów odwołujących się do wartości europejskich i nowoczesności; drudzy zwrócili się ku politykom takim jak Jarosław Kaczyński. Publicysta przyznał jednocześnie, że rządy PiS w latach 2015-2023, dzięki polityce społecznej i „rewolucji godności", istotnie wyrównały poziom życia w mniejszych miastach i zapomnianych regionach.

Podział klasowy i „bunt elit" przeciwko werdyktowi wyborczemu

Ziemkiewicz odrzucił popularną tezę o „podziale plemiennym", definiując obecny konflikt jako klasowy. Po jednej stronie umieścił grupę uważającą się za elitę - zakorzenioną w korporacjach prawniczych, akademickich i medialnych - która, jego zdaniem, „od 35 lat konsekwentnie odmawia podporządkowania się wyrokom większości".

Mechanizm ten opisał jako europejską tradycję, w której „arystokracja" decyduje, co jest dobre, a co złe. Przeciwstawił jej Amerykę, „z ducha demokratyczną", zaznaczając jednak, że i tam istnieje silna tendencja liberalnej elity do kwestionowania niewygodnych wyników wyborów.

Publicysta przywołał opisany w tygodniku „Polityka" wywiad, w którym rozmówca miał wzywać do atakowania „ludzi reżimu" w domach, na uczelniach i w pracy. Zarzucił części środowisk przegranych w 2015 roku, że wypowiedziały posłuszeństwo własnemu państwu. Prowadzący kontrował, że po przejęciu władzy druga strona również „brała wszystko do cna" i poszła głębiej niż poprzednie rządy - na co Ziemkiewicz odpowiadał, że gdyby tak było, „pan Żurek szorowałby dziś gary, a nie był ministrem".

Elita „kompradorska" i pytanie o źródło rozwoju

Kluczową kategorią analizy Ziemkiewicza była „elita postkolonialna", zwana też kompradorską - warstwa, która „obsługuje obce interesy we własnym kraju" zamiast formułować interesy narodowe. Przeciwstawił jej elitę kraju wolnego, definiującą, jakie połączenia budować, kogo wpuszczać do gospodarki i jakie prowadzić przepisy migracyjne.

Publicysta wskazał na paradoks: przez trzy dekady Niemcy i Francja, jego zdaniem, „spieprzyli wszystko", podczas gdy Polska „wyrosła na potęgę", zajmując w statystykach rozwoju miejsce ustępujące jedynie Chinom. Mimo to - jak twierdził - w mentalności Polaków utrwalił się obraz „biednej panny bez posagu".

Do tej diagnozy przypiął główny zarzut wobec PiS. Utrata władzy przez tę formację wynikała, według Ziemkiewicza, z przyjęcia „paradygmatu PO-skiego" w momencie, gdy Mateusz Morawiecki ogłosił, że „załatwił 750 miliardów z KPO". „Do polskiego społeczeństwa poszedł przekaz, że jednak polski rozwój to jest kwestia tego, co dostaniemy" - argumentował. Skoro rozwój zależy od dobrych relacji z Brukselą i Berlinem, wyborca wybiera tego, kto potrafi je utrzymać.

Nowe twarze: Nawrocki, Morawiecki, Konfederacja, Braun

Rozmówcy zgodzili się, że pojawiły się pierwsze sygnały zmiany. Prowadzący wskazał Karola Nawrockiego jako polityka uprawiającego inny styl, a także Konfederację i wchodzącego na scenę Mateusza Morawieckiego. Pytanie brzmiało, czy któreś z tych środowisk zdoła zbudować nową narrację i realną politykę, a nie jedynie kolejną wersję dotychczasowych obozów.

Ziemkiewicz najwyżej ocenił potencjał przywódczy Nawrockiego. Za jego największy sukces uznał to, że prezydent „nie dał się wciągnąć, sprowadzić do poziomu Tuska", pozostawiając codzienne spory współpracownikom. Zarazem krytykował go za zbyt małą aktywność międzynarodową i za to, że jego działania wydają się podporządkowane głównie celowi obalenia rządu - publicysta pytał, „co będzie innego" po ewentualnym obaleniu.

Morawieckiemu przypisał „charyzmę księgowego" i wizerunek technokraty, ale też realną przewagę doświadczenia: „rzeczywiście sześć lat był premierem i administrował sprawnie". Konfederację uznał za formację, w której Krzysztof Bosak jest „najrozsądniejszym politykiem na polskiej scenie", pozbawionym jednak charyzmy przywódcy, a Sławomira Mentzena określił jako swoje „wielkie rozczarowanie".

Osobno omówiono Grzegorza Brauna. Ziemkiewicz opisał go jako „pragmatycznego rozpierniczacza" i współczesną, „strawniejszą" wersję protestu spod znaku Andrzeja Leppera. Powołując się na badania elektoratu, twierdził, że wyborcy popierają Brauna „nie dlatego, że mówi "szczęść Boże", tylko pomimo tego" - połowa z nich deklaruje się jako agnostycy. Wątpił jednak, by Braun dysponował pozytywnym programem rozwoju, i zastrzegł, że jego przesuwanie się w stronę „promoskiewską" zaczyna być groźne, choć na taki elektorat w Polsce nie ma popytu.

Konstytucja, kryzys ustrojowy i pytanie o współpracę

Rozmówcy dotknęli sporu o ustrój. Prowadzący apelował, by prezydent i rząd potrafili współpracować w sprawach bezpieczeństwa, przywołując zablokowany kompromis w kwestii ambasadorów. Ziemkiewicz odpowiadał, że system prezydencko-premierowski to „potworek" paraliżujący państwo i posłużył się metaforą smoka dwugłowego z „Bajek robotów" Stanisława Lema, którego głowy „żarły się między sobą, aż smok zdechł".

Publicysta opowiedział się za napisaniem nowej konstytucji, zastrzegając zarazem, że sama ustawa zasadnicza niczego nie rozwiąże. Przywołał przykład ustaw o mediach publicznych, w których „znaleźli się prawicowi i lewicowi profesorowie". Odniósł się także do koncepcji „demokracji walczącej" Karla Loewensteina, wywodzonej z niemieckiej traumy dojścia Hitlera do władzy, i zarzucił europejskim oraz polskim elitom liberalnym dążenie do tego, „żeby głosy większości się nie liczyły".

Obaj rozmówcy wskazywali, że apetyt na zmianę jest już wyraźny, choć jeszcze nieuformowany. Prowadzący cytował diagnozę Łukasza Pawłowskiego o „niespełnionych aspiracjach" - o ludziach, którzy przenieśli się do miast, wzięli kredyty i zdobyli wykształcenie, by w pewnym momencie zderzyć się z sufitem, gdy awans przypada „szwagrowi prezesa". Ten gromadzący się gniew ma być paliwem nadchodzącego przesilenia.

Nieprzewidywalny finał

Ziemkiewicz zamknął rozmowę tezą, że polska polityka „musi się zmienić, bo jest jałowa, więc na pewno się zmieni". Odwołał się do własnego doświadczenia pokoleniowego - od upadku Związku Sowieckiego, przez rozpad mitu Solidarności, po powrót postkomunistów do władzy - by uzasadnić, że „absolutnie wszystko jest możliwe. Nawet coś dobrego dla Polski się może zdarzyć".

Za pewne uznał jedynie dwie rzeczy: że po stronie rządowej „nie ma życia intelektualnego", a w samym PiS „też nie ma żadnej myśli". Za istotny czynnik rozpadu tej formacji wskazał próbę oparcia jej tożsamości na micie zamachu smoleńskiego oraz „egzaminowanie z radykalizmu".

Rozmowa pozostała bez jednoznacznej odpowiedzi, kto poprowadzi Polskę przez „morze wzburzone i groźne". Ziemkiewicz przywołał stary spór wizerunkowy - czy łatwiej wylansować nowy brand, czy zmienić skojarzenia związane ze starym - pozostawiając otwartym pytanie, czy Mateusz Morawiecki zdoła przekształcić wizerunek technokraty w wizerunek przywódcy zdolnego przeprowadzić kraj „suchą stopą".