Powrót

Zwycięstwo AfD w Saksonii-Anhalt otwiera okres niepewności w Niemczech

Zwycięstwo Alternatywy dla Niemiec (AfD) w wyborach landowych w Saksonii-Anhalt stawia niemieckie państwo i system polityczny przed strategiczną niewiadomą, a dla Polski oznacza ryzyko destabilizacji głównego partnera handlowego oraz możliwy powrót do polityki porozumienia Berlina z Moskwą - ocenił analityk Marek Budzisz ze Strategy and Future w rozmowie dla Kanału Otwartego.

Według Budzisza sukces AfD w tym landzie był oczekiwany, jednak jego znaczenie wykracza poza pojedynczy wynik. Kluczowe pozostają dwa pytania: jak zareaguje niemiecki aparat państwowy oraz jak odpowie system polityczny. Niemcy są państwem federalnym, w którym landy współkształtują politykę, także bezpieczeństwa wewnętrznego, a jednocześnie tamtejszy Urząd Ochrony Konstytucji klasyfikował AfD jako partię ekstremistyczną.

Kryzys polityczny czy krótki impuls zmian

Budzisz wskazuje, że reakcja systemu politycznego może przypominać wstrząs porównywalny z brytyjskim, zakończonym zmianą na stanowisku premiera. Kanclerz Friedrich Merz jest, jak zauważa analityk, "historycznie niepopularny" i uchodzi za lidera, który "nie stanął na wysokości zadania, nie zdał egzaminu, nie buduje nadziei".

Otwarte pozostaje, czy wynik w Saksonii-Anhalt to początek długotrwałego kryzysu politycznego, czy raczej krótki, lecz daleko idący impuls zmian. Przed Niemcami kolejne wybory - w Meklemburgii-Pomorzu Przednim i w Berlinie, gdzie rywalizacja jest bardziej wyrównana, a głównym konkurentem AfD pozostaje SPD.

Analityk przywołuje prognozy politologów, według których w 2029 roku, przy najbliższych konstytucyjnych wyborach federalnych, AfD może uzyskać misję formowania rządu, a w 2033 - sto lat po dojściu Adolfa Hitlera do władzy w Republice Weimarskiej - wygrać wybory. Budzisz zaznacza, że sam pozostawia otwartą kwestię ideologicznej analogii, wskazując jedynie na kalendarzowy zbieg.

Zapora ogniowa jako paradoks

Zdaniem rozmówcy zasadniczym mechanizmem niemieckiej polityki jest doktryna "zapory ogniowej" - porozumienia wszystkich partii uznawanych za demokratyczne, od lewicowej Die Linke po ugrupowania prawicowe, w celu niedopuszczenia AfD do władzy.

Ceną takiej koalicji "od lewa do prawa" jest jednak, według Budzisza, brak zdolności do przeprowadzenia reform. To jeden z głównych zarzutów wobec obecnego rządu: Merz i lider SPD Lars Klingbeil mieli tak dalece się zablokować, że gabinet nie forsuje potrzebnych zmian, czego skutkiem jest kryzys gospodarczy oraz spadek wiary w przyszłość.

W tej interpretacji utrzymanie zapory ogniowej przyniesie skutek paradoksalny. "Nawet jeśli w 2029 roku taka koalicja powstanie po to, żeby AfD nie rządziła, to właśnie otworzy drogę de facto AfD do zwycięstwa w 2033 roku, bo oni będą mieli premię opozycyjności" - mówi analityk. Pozostałe ugrupowania mają zdezawuować się jako te, które rządziły i nie zrealizowały zmian, a AfD stanie się jedyną realną alternatywą.

Konsekwencje dla Polski

Budzisz odrzuca tezę, jakoby turbulencje w Niemczech leżały w polskim interesie. "Zdestabilizowanie sytuacji w państwie, z którym graniczymy, jest zawsze niekorzystne dla Polski" - podkreśla, przypominając, że mowa o głównym partnerze handlowym, od którego postawy zależy przyszłość relacji europejskich i polityka wobec Rosji.

Analityk dopuszcza jednak scenariusz, w którym osłabienie ekspansywności niemieckiej w połączeniu ze wzrostem aspiracji Polski mogłoby ułatwić Warszawie zajęcie nowej pozycji. Warunkiem jest realne działanie. "My tych działań realnie nie podejmujemy - mówimy tylko o tym, że chcielibyśmy, żeby nas inni lepiej traktowali" - ocenia, ostrzegając, że Polska może ponieść koszty destabilizacji Niemiec, nie wykorzystawszy okazji do wzmocnienia własnej podmiotowości.

Gdyby AfD przejęła władzę, decydujące byłoby, które skrzydło partii uzyska przewagę - inaczej formułuje przesłanie Alice Weidel, inaczej Tino Chrupalla czy uznawany za skrajnego Björn Höcke. Zdaniem Budzisza otwartym pozostaje, czy AfD stanie się orędownikiem polityki "bismarckowskiej" - powrotu do porozumienia z Rosją.

Ryzyko powrotu do porozumienia z Moskwą

Takie głosy są silne. Lider AfD w Saksonii-Anhalt otwarcie krytykował politykę Merza jako nadmiernie antyrosyjską, opowiadając się za szukaniem porozumienia. Nurt ten, choć niedominujący, obecny jest nie tylko w AfD i BSW, lecz także w CDU i socjaldemokracji.

Dlatego, jak twierdzi analityk, Polsce powinno zależeć, by siła polityczna opowiadająca się za takim zwrotem nie zdobyła władzy. Budzisz zwraca uwagę na paradoks obecnej sytuacji: rząd Merza znajduje się na coraz wyraźniejszym kursie kolizyjnym z Rosją i sam jest obiektem ataków hybrydowych.

Analityk łączy te ataki z obecną fazą wojny na Ukrainie. Jego zdaniem Władimir Putin dąży do zwycięstwa i wymuszenia negocjacji na własnych warunkach, a najbliższe trzy miesiące będą dla Ukrainy bardzo trudne. Rosja ma eskalować na wielu poziomach.

Strategia energetyczna Kremla

Budzisz przedstawia ekonomiczne podłoże rosyjskich działań w Niemczech. Ukraina zmaga się z dziurą budżetową - 1 i 2 września Rada Najwyższa nie uchwaliła pakietu ustaw, od których Unia Europejska uzależniała dalszą pomoc finansową.

Według analityka premier Ukrainy mówi o brakujących do końca roku ośmiu miliardach dolarów, a prezydent Wołodymyr Zełenski - nawet o 25 miliardach. "To pokazuje, że system polityczny w Ukrainie też się znalazł w kryzysie" - ocenia, wskazując, że Zełenski utracił większość w parlamencie.

Rosyjska strategia na najbliższe miesiące ma polegać na złamaniu woli oporu ukraińskiego społeczeństwa poprzez ataki na infrastrukturę energetyczną. "Na Ukrainie ma nie być światła, ogrzewania, wody i zaopatrzenia w żywność" - streszcza Budzisz. Kluczowe jest przy tym odcięcie Ukrainy od importu energii z państw trzecich, dotąd kompensującego straty w produkcji.

Analityk spodziewa się incydentów wymierzonych w sieci wysokiego napięcia, także na terenie Polski. Sabotaż w Niemczech interpretuje jako test odporności: przepięcia prowadziły do wyłączania kolejnych bloków energetycznych, których przywrócenie do bilansu mocy wymaga kilkunastu lub kilkudziesięciu godzin.

Cel jest szerszy - wywołanie kryzysu energetycznego w Europie zimą. Niemieckie zasoby magazynowe gazu płynnego są na historycznie niskim poziomie, a przemysł już płaci dwukrotnie wyższe ceny energii niż konkurencja. Drugim motywem jest utrzymanie dostaw rosyjskiego skroplonego gazu przed planowanym unijnym embargiem, co wymaga zachowania zdolności żeglugowej na Bałtyku i wiąże się z kwestią "floty cienia".

Cel: wymiana elit

Putin, przemawiając na konferencji prasowej w Biszkeku, miał wprost oświadczyć, że pozostaje zwolennikiem porozumienia rosyjsko-niemieckiego, lecz nie z obecnymi elitami. Budzisz interpretuje działania sabotażowe jako narzędzie presji służące osiągnięciu efektu politycznego - wzmocnieniu umownej "partii pokoju".

"Najdalej idącym celem jest po prostu wymiana elity rządzącej i doprowadzenie do sytuacji, kiedy Ukraina i państwa środkowej Europy nie będą mogły liczyć na wsparcie niemieckie" - mówi analityk. Dyplomatyczne odpowiedzi Berlina - zamknięcie konsulatów i placówek kulturalnych - uznaje za niewystarczające, przywołując opinię polityka CDU Rolanda Kiesewettera, że rząd powinien przekazać Ukrainie rakiety Taurus.

Głównym punktem nacisku Rosji, wbrew doniesieniom o zagrożeniu dla państw bałtyckich, mają być Polska i Niemcy. Budzisz nie wyklucza działań dywersyjnych na Litwie czy w Estonii, lecz to Warszawa i Berlin, jako najważniejsi gracze regionu, pozostają celem strategicznym.

Polska luka w obronie

Analityk stawia niepokojącą diagnozę zdolności obronnych Polski. W wojnie na dużą skalę z zaangażowaniem sił lądowych mechanizmy NATO i artykuł piąty pozostają, jego zdaniem, wiarygodne. Problemem są scenariusze poniżej progu pełnoskalowej wojny - ataki dronów dalekiego zasięgu, sabotaż, prowokacje z terenu Białorusi.

Budzisz przywołuje dane obrazujące skalę zagrożenia: w ostatnim miesiącu Rosja użyła 2,5 tysiąca dronów typu Gerań z napędem odrzutowym, wobec 1500 miesiąc wcześniej. "Jeżeli Rosjanie tylko dziesięć procent tych geranów zdecydują się użyć, żeby zaatakować Polskę albo państwa bałtyckie - czy my mamy zdolność do przechwycenia takiego potencjału? Moim zdaniem nie mamy" - stwierdza.

Szczególnie krytycznie analityk ocenia stan obrony przeciwrakietowej. Polska pozyskała 308 rakiet PAC-3 do systemów Patriot - jedynych zdolnych zwalczać pociski balistyczne. Przyjmując, że na przechwycenie jednego pocisku potrzeba dwóch rakiet, daje to zdolność zestrzelenia około 150 celów. Tymczasem, jak wskazuje Budzisz, Rosja w ciągu miesiąca wystrzeliła w kierunku Ukrainy 190 rakiet balistycznych.

"Mając taki zasób, który mamy, my i tak nie bylibyśmy w stanie się obronić dłużej niż przez miesiąc" - ocenia. Zamówione w USA kolejne pociski, według niego, dotrą najwcześniej w 2031 roku, ponieważ Polski nie ma na liście potwierdzonych kontraktów, obejmującej 1880 sztuk dla kilkunastu państw. Warszawy nie chroni nawet półtorej baterii Patriot, podczas gdy Moskwę osłania 80 baterii różnych systemów.

Deficyt strategiczny elit

Rozbieżność między retoryką a działaniem Budzisz uznaje za systemowy problem polskiej klasy politycznej. Odnosząc się do ostrzeżeń premiera Donalda Tuska o możliwym ataku, mówi: "Jeżeli tak się diagnozuje sytuację, to trzeba energicznie działać, żeby budować naszą odporność. I tu widzę bardzo duży rozdźwięk".

Analityk wskazuje na zaniedbania wykraczające poza zakupy sprzętu - nieadekwatne regulacje prawne, przewidujące na przykład konieczność nawiązania kontaktu wzrokowego przy przechwytywaniu obiektu, oraz słabo działający system ostrzegania ludności, którego zawodność ujawnił incydent z rosyjską rakietą na Lubelszczyźnie.

Krytycznie ocenia też jałowość debaty o broni jądrowej. Problemem nie jest, jego zdaniem, spór o rozmieszczenie amerykańskich bomb, lecz brak realnych działań na rzecz wejścia Polski do programu Nuclear Sharing oraz budowy konwencjonalnych zdolności rakietowych dalekiego zasięgu, jakie rozwijają Niemcy, testujące izraelskie pociski.

Klucze do zakończenia wojny

Zdaniem Budzisza jedynym państwem zdolnym złamać Rosję są Stany Zjednoczone, dysponujące narzędziami ekonomicznymi oraz możliwością zamknięcia Bałtyku dla "floty cienia". Waszyngton nie chce jednak po nie sięgnąć, gdyż oznaczałoby to eskalację, a - jak twierdzi analityk - "Stany Zjednoczone nie są zainteresowane eskalacją z Rosją po to, żeby Ukraina osiągnęła lepszy wynik w tej wojnie".

Amerykański cel to zakończenie wojny na możliwie korzystnych warunkach przy minimalnym zaangażowaniu. Misja szefa CIA w Moskwie zakończyła się, według Budzisza, niepowodzeniem - Putin miał odwołać spotkanie, a odpowiedzią stało się sześćdziesięciodniowe bombardowanie Kijowa.

Chiny, wbrew oczekiwaniom, nie są zainteresowane wywieraniem presji na Moskwę. "W interesie Chin leży kontynuowanie obecnej sytuacji - ścieranie rosyjskiego potencjału i rosnące uzależnienie Federacji Rosyjskiej od Chin" - wyjaśnia analityk, wskazując, że geostrategiczny zwrot Rosji przechyliłby układ sił między Pekinem a Waszyngtonem.

Polski interes wobec wojny

Budzisz opowiada się za zakończeniem wojny, lecz nie na każdych warunkach. W polskim interesie leży utrzymanie ukraińskiej suwerenności oraz zdolności do finansowania sił zbrojnych, a przede wszystkim to, by Ukraina pozostała państwem przyjaznym. Wymaga to wspierania rozsądnych aspiracji ukraińskich elit, które - jak zauważa - cechuje niedojrzałość analogiczna do polskich deficytów myślenia strategicznego.

Warunkiem powodzenia jest, według analityka, ukształtowanie przez Polskę własnej przestrzeni geopolitycznej, aktywność w basenie Morza Bałtyckiego oraz zdolność projekcji siły. Deklaracje o nieponoszeniu odpowiedzialności za obronę sojuszników bałtyckich uznaje za "błąd strategiczny świadczący o krótkowzroczności".

Fundamentalnym warunkiem pozostaje jakość elity państwowej. "Musi mieć ta elita wyobraźnię strategiczną, hierarchię celów, determinację i wolę działania" - podsumowuje Budzisz, zarzucając polskim politykom lęk przed wyborcami i budowanie "mirażu równoległej rzeczywistości" zamiast konfrontowania obywateli z realną sytuacją.